Willem Hiele

W brutalistycznej willi położonej wśród historycznych polderów na flamandzkim wybrzeżu Willem Hiele gotuje w rytmie morza, ognia i nieba.
Morze jest kapryśne, ogień się zmienia, wiatr się zmienia – a menu podąża za nim. To kuchnia, w której rządzą warunki i to, co je przetrwa.

Silny i ugruntowany

Willem Hiele ma Budowa mężczyzny, wokół którego mógł być zbudowany dom. Szerokie ramiona, kwadratowa szczęka, szorstki od wiatru. Jest coś architektonicznego w sposobie, w jaki stoi: mocno osadzony, ciężar równomiernie rozłożony, jak jeden z ceglanych narożników spajających restaurację. Jego włosy – długie, ciemne jak morze, nigdy nieruchome – unoszą się w powietrzu niczym pola. 

 Willem Hiele at the entrance to the villa

Dom z 1971 roku zaprojektowany przez belgijskiego artystę i architekta Jacques Moeschal, podobnie jak szef kuchni, na początku nie oferuje miękkości. To masa i ostrość: długie czerwone cegły ułożone w ostrej geometrii. Ale żadna z nich nie wydaje się zimna. Po prostu żywiołowa. Brutalna w formie, nie w duchu. 

Brutalist Villa - the house of Willem Hiele Restaurant

Wnętrze zmienia ton. Geometria pozostaje ta sama, ale światło przejmuje kontrolę. Popołudniowe słońce wpada przez szklane ściany, oświetlając białą pościel i jasne drewno miękkim, rozproszonym blaskiem. Salon z sofami Bastiano projektu Tobii Scarpy, kilkoma półkami z książkami i dziełami sztuki, setem DJ-skim z imponującą kolekcją płyt winylowych i kominkiem migoczącym w chłodniejsze pory roku.

Paleta barw jest stonowana: łupek, drewno, surowy metal. Ale nie jest surowa. Oddycha – to przestrzeń, w której cisza jest zaplanowana. Jedno długie okno wychodzi na poldery – płaskie i rozległe, jak niezapisana kartka. Powietrze przepływa przez wszystko. 

Interior of Willem Hiele Reestaurant lounge room

Kiedy pierwsze danie ląduje na stole, wiatr zdążył już dwa razy zmienić kierunek. Tutaj powietrze jest przesycone solą, zawsze tuż przed komfortem. W dawnym dworku noże są już ciepłe, ogień kipi w kominku, a jedzenie nie czeka, aż się uspokoisz. Przyjeżdża, kiedy jest gotowe. Decyduje pogoda.

Przed ogniem

Lipiec nad Morzem Północnym bywa ponury. Tego wieczoru kolacja była przygotowywana w salonie, aż do momentu, gdy na kilka sekund przed podaniem wyszła Willem i oznajmiła: „Pogoda jest ładna. Serwujemy na zewnątrz”.

Willem Hiele - The platterWillem Hiele - The bean roll

Goście przenoszą się na tylny taras. Białe stoliki ustawione są naprzeciwko szerokich, otwartych polderów, rozciągających się niczym morze obmywane niebem. Szampan jest rozlewany. Nastrój się uspokaja. Jeśli masz szczęście i trafisz do restauracji w odpowiednim dniu, makrela kto pierwszy ten lepszy Jeszcze ciepłe, prosto z wędzarni. Bez sosów. Bez ozdobników. Tylko ciepło i ryba, i jakoś tak się ruszasz. Okazuje się, że nie wiedziałeś, że makrela może być tak dobra. 

Ale tym razem nie jest to ten dzień. Pierwsze dania pojawiają się na talerzach: ostryga w akwakwile z lokalnego szczawiu i pieprzu serrano; tatar z brzytwy z pomidorem i królewskim belgijskim kawiorem; grillowane kalmary z papryką i gremolatą oraz roladki z fasoli w fioletowych liściach shisoKażdy kęs to to, co wybrzeże przygotowało na dziś. Drobnostki. Wystarczająco.

Tuż za wybrzeżem, w tym samym morzu, jest coś trudniejszego do złapania. A Willem dał mi szansę, żeby to zobaczyć.

Stefan fishing the grey shrimps with Dina - Brabant draft horse

Krewetki z kopytkami i solą

Połów krewetek rozpoczyna się po południu, gdy przypływ opadnie na tyle nisko, że można przeciągnąć siatkę. Około czwartej piasek twardnieje. Woda rozrzedza się do tafli. Stefan Hancke jedzie z Diną – ciężką brabancką klaczą, zanurzoną po pierś w falach, z ogromnymi koszami po obu stronach, w milczeniu ciągnącą siatkę na dwóch długich linach.

O tej porze sezonu jest tu niewielki tłum turystów, a pogoda jest przyjemnie łagodna. Chciałbym, żeby było jeszcze gorzej, żeby zniechęcić widzów i cieszyć się połowem w ciszy: tylko fale, kopyta i szum morza o płótno. Krewetki gromadzą się za siatką. Stefan wysiada z morza, zdejmuje krewetki z siatki, uwalniając przyłowione ryby i kraby. Krótką przerwę koń wykorzystuje na rozmowy z ludźmi dookoła. Jego zabawne, gadatliwe, ojcowskie żarty płyną strumieniami. Jest tu celebrytą – symbolem miasta. Jeden z ostatnich rybaków, którzy zostali, aby łowić szare krewetki z koniem. Rytuał przekazywany z pokolenia na pokolenie w Oostduinkerke. Dziedzictwo uznane przez UNESCO za niematerialne dziedzictwo kulturowe.

Stefan and DinaGrey Shrimps

Powtórzy trasę kilka razy, nie więcej. Kiedy przypływ zaczyna się wznosić, praca się kończy – dwie godziny, czasem krócej. Plony maleją z każdym sezonem. Dekadę temu dobry połów to była taczka. Teraz to dwa kilogramy lub mniej. Przypływ wciąż nadchodzi. Krewetki nie zawsze podążają za nim.

To jest teraz okno. Nie tylko wąskie, ale i kruche.

Kosze są spakowane, Willem, Stefan i ja na dachu powozu. Dina skręca w głąb lądu wąską drogą przez wydmy i poldery. Krzewy ustępują miejsca polom. Morze znika za nami. Po obu stronach: jadalne znaczniki. Rokitnik. Dzikie szparagi. Zioła, które Willem wymienia bez schylania się. Rozmawiają o życiu, plotkach i składnikach, które mogą trafić na talerz, a mogą nie.

Trzy kilometry dalej koń zatrzymuje się przed domem Stefana: częściowo podwórze, częściowo łuk. Kury, kaczki, pawie i koty. Psy witają go z otwartymi ramionami. Kolejny koń pasie się przy płocie.

Shrimp cookingCooked shrimps resting

Krewetki jeszcze nie wchodzą do środka. Stefan rozpala palnik na zewnątrz. Woda morska i sól w głębokim rondlu. Nic więcej. Krewetki wchodzą do środka. Muszle nabierają różowego koloru. Gdy temperatura rośnie, Stefan uspokaja ją, polewając boki wodą morską. Miesza raz, może dwa, a gdy krewetki są gotowe, odstawia je na chwilę na siatkę. Obiera się je, gdy są jeszcze ciepłe, podaje, je, jak tylko palce na to pozwolą. Bez przypraw. Bez ceremonii. Tylko dłonie poruszają się rytmicznie. Picon rozlewa się do małych kieliszków. Gorzki. Potem ziołowy. I znika. Niebezpiecznie podpala, aż dotknie.

Nikt nie mówi, że krewetki są idealne, przynajmniej w słowach, obierane i żute. Soczyste i słodkie. Tak to się robi, gdy przypływ i ogień idą w parze. Nie zjedliśmy ich wszystkich. Jeszcze nie. Ta część nadeszła później – w domu, w którym dorastał Willem, przy chlebie i zupie krem, w kuchni, która była przed willą.

Kawior z Morza Północnego

Nie w restauracji, ale w starym domu rybaka w Koksijde – obecnie nieczynnym, ale wciąż pełnym wspomnień. Dzielimy się najważniejszym daniem – zupą krem ​​z tych maleńkich szarych krewetek, które właśnie złowiliśmy. Tak jak kiedyś robił to dziadek Willema, Jerome. Wymagają więcej pracy, niż są warte – dopóki ich nie spróbujesz.

„Jako mały chłopiec” – powiedział kiedyś Willem – „siedziałem z dziadkiem na jego koniu, gdy ciągnął sieci po wodzie, żeby łowić krewetki. Pierwsza krewetka, jaką kiedykolwiek spróbowałem, była świeżo ugotowana i prosto z sieci. To mój standard, więc jestem surowy w stosunku do tego, co rybacy przynoszą. Chcę tylko tego, co najlepsze”.

Zupa krem ​​zdradza, kim jest Willem i skąd pochodzi. Jego babcia Vermote obierała krewetki, nawet nie patrząc w dół. Dziadek grał w karty, popijając na przemian kawę i brandy, podczas gdy skorupki krewetek cicho dusiły się na kuchence.

Grey shrimp bisqueSourdough with butter and cooked grey shrimps

W wersji Willema, hojna porcja krewetek podawana jest na chlebie żytnim. Krem z krewetek nalewany jest do niebiesko-białych filiżanek jego babci – głębokich, bogatych w umami, bez goryczki przypalonej skorupki, która psuje smak wielu innych. Na wierzchu unosi się śmietanka z odrobiną kawy. Masło niesie aromat brandy. Jeden łyk i jesteś gdzie indziej. Nie tylko sobą. „Yyy” i „achy” rozbrzmiewają w jadalni. Szare krewetki. Eh. 

Babcia Willema kiedyś nazywała krewetki kawiorem Morza Północnego. Nadal tak mówi. Bez ozdobników. Wspomnienie zatopione w porcelanie.

Kuchnia, która reaguje

Kuchnia Willema nie porusza się szybko. Działa punktualnie. Przygotowanie zaczyna się rano. Wszystko, co trafi do kuchni danego dnia, jest przygotowywane, gdy jest gotowe, a często jest dodawane do potraw w trakcie ich podawania. Brygada nie przygotowuje posiłku według wcześniej przygotowanego planu. Podąża za Willemem.

Stoi przy piecu, obok swojego pomocnika. Obserwuje. Nakłada talerze. Wkracza do akcji, gdy pojawia się ostatni element. Czasem to homar. Czasem burak. Często trzyma szczypce jedną ręką, a drugą cicho chwali. Nie ma hierarchii w postawie. Obiera, sieka, poprawia i poprawia. Pracuje w ramach tej samej linii, a nie ponad nią. Dając przykład.

W pewnym momencie podczas serwowania coś zamigotało. Prąd zniknął. Zgasło światło. Obsługa nawet nie podniosła wzroku. Żadnej zmiany tempa. Żadnej zmiany tonu. Zapytany o to następnego dnia, Willem wzruszył ramionami: „Po prostu myślałem, czy będziemy musieli przenieść resztę na grilla”.

To kuchnia zbudowana nie tylko na technice, ale i na wyczuciu czasu – dosłownie „à la minute”. Wymaga świadomości, płynności i spokoju. Uczniowie poruszają się, jakby byli tam dłużej. Zespół podstawowy prawie się nie odzywa. Już wiedzą, co będzie dalej.

Willem Hiele - the kitchen 

Jadalnia

Goście przechodzą do głównej jadalni, przechodząc przez kuchnię. Otwarta, gościnna, z jednym długim stanowiskiem pośrodku, za nim ladą i jej sercem – kominkiem. Przypomina raczej dom prywatny niż kuchnię restauracyjną. Miejsce ruchu, a nie ekspozycji. 

Jadalnia jest przestronna, ale cicha, z około dwudziestoma miejscami siedzącymi. Stoły są ustawione osobno, każdy z nich ma przestrzeń do oddychania. Muzyka niesie jednostajny rytm, który dryfuje wraz z widokiem na poldery, spokojny, ale stonowany – rytm, który kształtuje wieczór, nie przyciągając uwagi.

Oto pierwsze dania serwowane w środku. Sercówki i pestki dyni na tartaletce - kompaktowy, precyzyjny, słona nuta otwierająca. Następnie Langustynki belgijskie (Hachies), prezentowany przez Willema. Surowy, kremowy i słodki, z intensywnym bulionem z langustynki, kropkami majonezu, selerem dla chrupkości i nutą kwasowości. W centrum korona z belgijskiego kawioru królewskiego.

Cockles tartelette Langustine in bisque

Wkrótce po przybyciu przybywa okoń morski po gravlax, peklowane w soli i domowym miodzie. Jędrne, a zarazem delikatne plastry spoczywają w świeżo wyciskanym, słodkim mleku migdałowym i sosie z sercówek z dodatkiem kwiatów. Pierwsze jeżyny dodają kwasowości, solony łodyż i zmielone zioła, a ostatnia nuta olejku z kwiatów bzu czarnego nadaje potrawie równowagę. Łyżki wylewają płyn, aż w misce nic nie zostanie. 

Willem Hiele: seabass

Turbot

Wśród gości następuje nagły ruch. Ramiona się prostują. Rozmowy milkną. Kucharze wchodzą do sali z ogromnymi talerzami. Goście wiedzą, że coś się szykuje. To wyraźny znak, że czas na danie główne z ryb. Ponieważ Willem pracuje tylko ze składnikami, które są dostępne w danej chwili, główna ryba może być inna każdego wieczoru. Ale w myślach powtarzam: niech to będzie turbot, proszę, niech to będzie turbot. Ryba przybywa. Moje oczy uśmiechają się na widok turbotów – lśniących, jędrnych, o błyszczących oczach, wyciągniętych z wody zaledwie kilka godzin wcześniej. Wciąż zimnych w dotyku. Leżą na metalowym talerzu, na kocu ze świeżych porów, niesionych po sali do każdego stolika, a sala hipnotyzuje.

Willem Hiele: the turbot

Ceremonia

Willem niewiele mówi. Podobnie jak dwaj kucharze obok niego. Cała trójka wychodzi na zewnątrz niczym procesja. W stronę grilla. Albo wędzarni. Albo parowaru. Cokolwiek to jest: trzy zardzewiałe nogi zwieńczone rusztem – bardziej złomowisko niż eksponat. Nowicjusze ledwo na to patrzą przez szklaną ścianę przed nimi. Jest schowane na widoku.

Ogień wymaga namawiania. Ryby czekają. Drewno układane jest jak stos – powoli, rozważnie. Iskry wahają się, potem zapalają. Płomienie drżą, a potem unoszą się. Ktoś idzie na taras – po papierosa albo po prostu po pretekst, żeby podejść bliżej. Potem kolejny. Wkrótce nawet niezainteresowani patrzą.

Willem Hiele: the fire getting ready for the turbotWillem Hiele: covering the turbot with treysWillem Hiele: soaking wet burlap on top of the grill

Rozpoczyna się spektakl. Pory spływają jak słoma do żłobu. Ryba leży na wierzchu. Tace luźno ją przykrywają. Potem pojawiają się worki – torebki po kawie, przemoczone, ociekające wodą, rzucone z wprawą. Uderzają o stal z sykiem. Ze szwów wydobywa się para. Ogień znów się rozpala. Całość pachnie solą, dymem i czymś lekko roślinnym.

A potem – nic. Kurtyna opada. Dwadzieścia minut ciszy. Goście wracają do wina i chleba. Sztućce wracają do cichej muzyki. Sala oddycha.

Aż Willem powie: „Czas już”, a drzwi znów się otworzą. Juta się uniesie. A ryba wróci – cała, parująca, niesiona przez pokój jak król na niskim rydwanie.

Punkt kulminacyjny

Pory rozpłynęły się w coś słodkiego. Turbot ledwo opiera się widelcowi. Nie ma dodatków, tylko klarowność, soczystość, idealna struktura mięsa, smak morza uwięzionego w mięsie. Ogień go zmienił. Kremowa, lepka esencja sosu kostnego nadała mu odpowiednią słoność i umami. Stół to wie. Goście pochylają się, nie po to, by się zachwycać, lecz by zrozumieć. To z pewnością jeden z najlepszych turbotów na świecie, dumnie stojący obok Extebarri i Elkano. To punkt kulminacyjny. Reszta to punkt kulminacyjny. Ale nie koniec.

 Turbot in essence of the bone sauce rich in saltiness and umami

Wózek z deserami

Po stroopwafel Pieczone w ogniu, krojone i nadziewane masłem, miodem i odrobiną brandy, a następnie solidna porcja sera – atmosfera w pokoju zmienia się po raz kolejny. Goście są zapraszani do salonu – przyćmione światło, kręcąca się płyta, koktajle mieszane na zamówienie. Kawa pojawia się obok wózka, który sprawia wrażenie mniej obsługi, a bardziej wspomnienia, które Willem nosił w sobie. Zanim został szefem kuchni ognia i ryb, był cukiernikiem, a dyscyplina wciąż przejawia się w precyzji przygotowywanych słodkości.

Jest tarta z orzechami włoskimi i miso z jego głęboką, wytrawną słodyczą; tarta z mirabelkami, delikatne i złote; i profiterolki, idealnie cienkie, z kremem uciekającym przy pierwszym kęsie. Obok nich zestaw tradycyjnych wypieków ze starego notatnika – przepisy przekazywane z pokolenia na pokolenie przez niegdyś znanego belgijskiego cukiernika, teraz zachowane w kuchni Willema. Wózek jest bogaty, ale nigdy nie jest wyrafinowany. Cichy finał rzemiosła i wspomnień, popijany łykami gorzkiej kawy i ziołowym akcentem Negroni.

A jednak Willem nie zatrzymuje się. Wraca do talerza z białymi figami, przecina jedną, próbuje, a potem woła cukiernika. „Może tarta” – mówi, zanim wymienia pół tuzina innych możliwości. To nie tyle konkluzja, co gest – przypomnienie, że kolejne danie, niczym kolejny przypływ, już nadchodzi.

 

Informacje praktyczne:

Restauracja Willem Hiele
Kapittelstraat 71, 8460 Oudenburg, Belgia
willemhiele.be

Rezerwacje: +32 (0)468 00 66 99info@willemhiele.be, Lub  online tutaj
Najbliższe miasto: 20 minut od Ostendy, 1 godzina od Gandawy, 1 godzina 20 minut od Brukseli.
Otwarte: Śr.-Pt.: wieczór [19.00], Sob.: obiad [12.00] i kolacja [19.00]

Nagrody:

  • Przewodnik Michelin Belgia 2025 — Zachowuje jedna gwiazdka Michelin.
  • Gault & Millau Belgium 202516/20 punktów, trzy czapki.
  • 50 najlepszych restauracji świata 2025 — Ranking #62 globalnie, w górę z #83 w roku 2024.

 

 

Wszystkie zdjęcia: Mona Biedrzycka (chyba że zaznaczono inaczej) 

Strateg, gawędziarka i oddana obserwatorka świata kulinarnego. Pisze na styku gastronomii, kultury i miejsca. Z doświadczeniem w budowaniu marki dóbr luksusowych i bystrym okiem redaktorów, współpracuje z szefami kuchni, twórcami i instytucjami, tworząc narracje, które rezonują na całym świecie. Jako współzałożycielka Chefluencer, wspiera globalną społeczność kulinarnych głosów, łącząc wnikliwość, ciekawość i głęboki szacunek dla rzemiosła.